niedziela, 30 grudnia 2012

30. Zatrzymać czas


     ~*~

    Grace zawsze wierzyła przeczuciom. Często zarzucano jej, że za bardzo buja w obłokach. Ona jednak nie przejmowała się krytycznymi spojrzeniami i uwagami. Przecież sobie radziła. Zawsze tak było. Głęboko wierzyła, że jej życie będzie proste. Że kiedyś wyjdzie za mąż, urodzi dziecko. Nie marzyła o karierze, chociaż nie chciała bezczynnie siedzieć w domu. Przynajmniej dopóki nie pojawi się dziecko. Oczywiście była świadoma, że szykuj się wojna. Ale czy to coś miało zmienić? Czy miało odebrać jej szczęście? Nie. Ona na to nie pozwoli i nie miała zamiaru odpuszczać. Dlatego czasem smuciło ją podejście Remusa do przyszłości. Mięli już ponad szesnaście lat. Jeszcze chwila i będą pełnoletni. Co z tego, że pozostał im jeszcze rok nauki? Przecież to nie przeszkadza w robieniu planów. Grace głęboko wierzyła, że ich związek jest czymś trwałym. Lupin jednak nie dawał żadnych sygnałów, że myśli o niej na poważnie. Że ma zamiar dzielić z nią przyszłość. Mało tego – kiedy tylko wspomniała o czymkolwiek wspólnym, co wiązało się z przyszłością, stawał się niedostępny. Nawiązywał się między nimi wyraźny dystans. Nie rozumiała tego. Przecież Remus nie był mężczyzną, który wiąże się tylko na jedną noc. Sądziła, że jest odpowiedzialny. Czuła, że ciąży mu jakaś sprawa. Jednak im bardziej ją drążyła, tym bardziej się odsuwał. W końcu dała sobie z nią spokój.

- Lunatyk – wyszeptała kiedyś, gdy cieszyli się z pierwszych ciepłych dni, siedząc na błoniach – Skąd takie przezwisko?
Momentalnie zesztywniał. Czuła to, a jednak nie mogła nic poradzić. Zamknął oczy i zapytał, wyraźnie chcąc odwlec odpowiedź:
- Skąd takie pytanie?
- Z chęci dowiedzenia się czegoś nowego. Twoja kolej – wyszeptała wprost do jego ucha.
- To trochę skomplikowane. To tajemnica Huncwota.
- Co jest skomplikowane? Przecież to tylko przezwisko. Remusie, lunatykowanie nie jest powodem do wstydu.
- Nie lunatykuję. W każdym bądź razie nie w taki dosłowny sposób. Po prostu często nie mogę spać. Nawet kilka nocy pod rząd.
- Jak często? – Spojrzał na nią z lekkim niepokojem.
- Mniej więcej raz w miesiącu.
- To pewnie przez księżyc – znów zesztywniał – gdzieś czytałam, że podczas pełni człowiek jest inny. Wiesz, to pewnie wina tego, że w bardzo dużym stopniu składamy się z wody. A skoro księżyc działa na morza i oceany, to niewykluczone, że i na nas.
- Tak, niewykluczone… - westchnął.
Grace uśmiechnęła się do niego promiennie, postanawiając nie drążyć już tematu. Remus wyraźnie nie miał ochoty rozmawiać o sobie.  Ona sama też tego nie lubiła, jednak uważała, że podstawą związku jest dobre poznanie się. Była świadoma, że sama też będzie musiała wyjawić mu kilka sekretów. Odwlekała to, jednak miała pewność, że zrobi to do końca tych wakacji. Inaczej się nie dało.
- Remus! – Dziecięcy krzyk wyrwał ją z zamyślenia. Z uśmiechem patrzyła, jak mała Emma Potter, młodsza siostra jego przyjaciela, wiesza swoje drobne raczki na szyi Lupina. Uśmiechnął się do niej z niezwykłą naturalnością, poczochrał jej czarne włosy. Przez chwilę poczuła lekkie ukłucie zazdrości, że ona sama nie potrafi wyciągnąć z niego tej swobody.
- A gdzie zgubiłaś brata?
- James poszedł do Hagrida. Syriusz ma jakiś szlaban, a Peter znów umówił się z Kelly. A obiecał mi pudełko miodowych czekoladek! – Zawołała oburzona, jednak wciąż roześmiana.
- Co jak co, ale on nie zapomni o słodyczach.
- Na pewno?
- Słowo Huncwota – najwyraźniej to jej wystarczył, ponieważ rozsiadła się wygodniej na kolanach chłopaka. Z wrodzoną sobie naturalnością, wyciągnęła się wygodnie i uniosła głowę do góry, aby pierwsze, wiosenne promienie odnalazły jej twarz. – Dlaczego nie poszłaś z Jamesem?
- Zostałam z Aną. Ale gdzieś ją zgubiłam po drodze. Ona nie chciała tu podejść – Lunatyk nie był tym specjalnie zaskoczony. Od balu Ann wyraźnie go ignorowała. Nie czuł się z tym najlepiej, ale tez nie bardzo wiedział, co ma z tym faktem zrobić. Nie potrafił dać jej togo, czego chciała. Dla niego zawsze była jedynie przyjaciółką. Nie chciał sprawiać jej bólu, ale lepsze było to, niż utwierdzanie jej w nieszczerych uczuciach.
- Chyba właśnie Cię znalazła – Grace zaśmiała się, wiedząc blondynkę z różowymi wypiekami na twarzy.
- Emmo Potter, czy zdajesz sobie sprawę, że tak się nie robi?!
- Przecież mówiłam, że idę do Remusa i Grace. – Odpowiedziała zaskoczona. Czasem na prawdę nie rozumiała starszych.
- Ja ci z kolei mówiłam, że nie będziemy im przeszkadzać.
- Nie przeszkadzacie – Loster uśmiechnęła się ciepło i podeszła do blondynki – Właściwie to myśmy się jeszcze osobiście nie poznały. Jestem Grace – wyciągnęła rękę. Ann popatrzyła się na nią z dziwnym wyrazem twarzy. Głupio było jej nie odpowiedzieć, jednak nie miała ochoty na rozmowę z tą dziewczyną. Wmawiała sobie, że to dlatego iż jest ona szkolnym wrogiem Lily. Może nie w dosłownym znaczeniu, bo nigdy się nie kłóciły, ale jednak rywalizowały o stopnie, względy nauczycieli oraz jako Prefekci domów.
- Anna – zdecydowała się odpowiedzieć i szybko uścisnęła dłoń szatynki. Bała się, że się rozmyśli.

*

Mały, czarnowłosy chłopczyk pędzi przed siebie, uśmiechając się radośnie. Wiatr targa jego już i tak rozczochrane włosy. W pewnym momencie przystaje i kieruje się w stronę małej chatki strojącej na skraju Zakazanego Lasu. Podchodzi pewnie i puka kilka razy. Odpowiada mu cisza. Nie poddaje się i zaczyna walić pięścią w drzwi.
- Co jest, cholibka? – Postać ogromnego człowieka z burzą kręconych, brązowych włosów i brody wychodzi z domu – dzieciaku, świta dopiero!
- Pan to Hagrid – bardziej stwierdza niż pyta i bezceremonialnie przechodzi pod ogromną dłonią do wnętrza chatki. Mężczyzna przygląda się chłopcu i uśmiecha ze zrozumieniem.
- Jak rozumiem, oto stoi przede mną najmłodsze pokolenie Potterów.
- Nie takie najmłodsze – oburza się – mam młodszą siostrę! James Potter – wyciąga rękę, która ginie w dużej dłoni mężczyzny – Ma pan pozdrowienia od taty…

Kilka lat później, chłopak ten, wyglądał zupełnie inaczej. Niby nie zmieniło się nic – wciąż był Jamesem Potterem. Teraz jednak było to James przez wielkie „J”. Był zdecydowanie poważniejszy, chociaż wydawało się, że nic nie jest w stanie powstrzymać go od żartów. Jego uśmiech był z lekka wymuszony. Mniej spontaniczny. Ten James był głową ich dwuosobowej rodziny. Śmierć goniła go w niebywałym tempie. Parę razy już otarł się o jej szatę, jednak do tej pory udawało mu się z tego jakoś wywinąć.

Puk puk puk

Hagrid też się zmienił. Był zamyślony i nieobecny. Właściwie dopiero teraz to zauważył. Podobno był na pogrzebie. Rzecz jasna on tego nie pamiętał. Nie pamiętał też, kiedy ostatnio tu był. Pamiętał, jak olbrzym opowiadał mu o wybrykach jego ojca. O szlabanach, psotach i innych wygłupach. Teraz Roger nie żył, a jego dawni znajomi od psot byli wysoko postawionymi urzędnikami w Ministerstwie Magii.
- Cholibka, James! – Twarz Hagrida rozpromieniła się – a już żem myślał, żeś o mnie zapomniał, dzieciaku!
- O tobie nie da się zapomnieć – gorliwie przyrzekł i wsunął się do domku bez pytania. Pod tym względem nic się nie zmieniło. W ciszy usiadł i poczekał aż przyjaciel zrobi herbatę. Później chwycił do ręki ciasteczko. Zrobił to z przyzwyczajenia, chociaż wiedział, że wyroby Hagrida nie są na jego zęby.
- Co tam słychać? – Zagadnął, jednak myślami będąc daleko.
- Stara bida. – Przyjrzał mu się z zatroskanym wyrazem twarzy – A jak ty się trzymasz?
- Jak ktoś, kto ma za dużo na głowie.
- Nie martw się tym procesem. Cholibka, na pewno wygrasz!
- Mam taką nadzieję.
Zamilkł.
Nie znosił ciszy. Ale nie bardzo wiedział jak sobie to wszystko poukładać. Wiedział, ze mu się uda. Wierzył w to głęboko. Musi tylko przekonać ich, że nie popiera rodziny. Że rzekomi zdrajcy krwi nic dla niego nie znaczą. Musi być silny i konsekwentny. A wtedy na pewno Emma wróci z nim do Hogwartu.
- Pamiętasz moją mamę z Hogwartu?
- Słabo. Była młodsza ode mnie i twojego ojca.
- Tak, wiem. Ale oni mało mówili o tamtym okresie. Dobrze się znali?
- Wcale. Twój ojciec był Gryfonem i tak jak ty nie przepadał za Ślizgonami. Co prawda nie była to aż taka niechęć jak u ciebie, ale… powiedzmy, że nie pałał do nich wielką sympatią.
- A Tom Riddle? To on był jej przyjacielem?
Twarz Hagrida lekko pobladła.
- Skąd ci to przyszło do głowy?! James, twoja mama nie była typową Ślizgonką. Pamiętam ją, jako samotniczkę. Cholibka, ona chyba po prostu nie chciała mieć przyjaciół. A już na pewno nie szukała ich w tym chłopaku – ostatnie słowo wymówił z jadem, jakiego się po nim nie spodziewał. Właściwie mężczyzna nie był zdziwiony, że Potter wie, kim jest Tom Riddle.
- A jak poznała tatę? Opowiadał ci o tym?
- Nie raz, cholibka! Szukała pracy w Ministerstwie i dobrze wiedziała, koło kogo się zakręcić. Twój świętej pamięci tatuś oszalał na jej punkcie. Niech skonam, jeśli tak nie było! A i ona była nim zauroczona. Co prawda, ja miałem trochę obaw. Nie lubię Ślizgonów, cholibka. A ona zdawała się być kobitą, co to jej tylko kariera w głowie. Myliłem się, niech skonam.
- Takich ich pamiętam – jako kochające się małżeństwo.
- Byli nim, to jak masz ich pamiętać. – Hagrid popatrzył się na niego swoimi ciemnymi, małymi oczami – czy coś się stało, chłopaku?
James pomyślał, że nie ma sensu psuć wyobrażeń przyjaciela na temat jego matki. Sam powoli godził się z jej przeszłością, ale wiedział, że nie zasłużyła na to, żeby ją oczerniać. Przyrzekła przecież, że nikogo nie zabiła. W młodości się pogubiła, ale głęboko pragnął zapamiętać ją taką, jaka była przez całe jego życie. A była dobra kochającą mamą, która zawsze pomagała mu rozwiązywać wszelkie problemy.
Postanowił skierować rozmowę na inny tor.
- Historia lubi się powtarzać. Zakochałem się w Ślizgonce.
- Wiec Twoi rodzice są dobrym przykładem tego, że możecie być razem. – James spojrzał mu w oczy.
- Jesteś jedyną osobą, która w takim momencie nie wypomniała mi Lily.
- A co tu wypominać, cholibka? Pierwsza miłość jest zawsze nieszczęśliwa.
- Może. Ale mam wrażenie, że jesteśmy lepszymi przyjaciółmi, niż bylibyśmy parą.
Mężczyzna przyjrzał się jego zamyślonej twarzy.
- To kiedy poznam tę twoją nową dziewczynę?     
James zaśmiał się szyderczo. Spojrzał na przyjaciele z lekkim wzburzeniem i z nienaturalnym uśmiechem odpowiedział:
- Powiedziałem, że to ja się zakochałem, Hagridzie. Nie wspomniałem, że ona we mnie. Przynajmniej jawnie temu zaprzecza.
- Cholibka, coś nie masz szczęścia do dziewczyn.
- Nie mam? – Znów zaśmiał się szyderczo – Lily traktowała mnie jak śmiecia a później, idąc na randkę z mną, całowała się ze Smarkerusem. Jakoś to sobie wyjaśniliśmy, zostaliśmy przyjaciółmi i pojawiła się Alex. I wszystko jest jeszcze gorzej.
- Alex? Zaraz, mówisz o tej dziewczynie, co ją Dumbledore przyjął do Hogwartu?
- Tej samej.
- Niech skonam, chciałbym ją teraz zobaczyć.
- Teraz? – Zdziwił się – znasz ją?
- Jej babcie. Stara Charlotte trzyma się podobno nieźle. Równa z niej babka, tyle ci powiem. Ale ta jej córeczka już niekoniecznie. Tylko luksusy jej w głowie, o!
- Jej rodzice nie żyją – powiedział, jednocześnie mając nadzieję dowiedzieć się czegoś więcej. 
- Tak, wim. Ale ja ich nie żałuję, tyle ci powiem, James. Szkoda mi tylko małej Katie. Charlotte bardzo je kochała. Choć podobno to właśnie Alex przeżyła jej śmierć najbardziej. I co się dziwić. Bardzo się kochały, te siostry. Pamiętam jej jeszcze jak Kate miała może z dziewięć lat. Nosiła tę małą na rękach z taką dumą, że aż ciężko uwierzyć. A potem zmarło się bidulce.
- A Alex trafiła do św. Heleny.
- Jedno ci powim, James. To nie jest miejsce, gdzie rodzic wysyła ukochane dziecko. Żadne to uzdrowisko i żadna pomoc. To zwykłe schronisko dla wyrzutków i tych, co to Ministerstwo uznało za niebezpiecznych.
- Mówiła, że nie raz chciała odebrać sobie życie.
- Wcale mnie to nie dziwi. Widzisz, Cooney’owie zyskali tym bardzo złą sławę. Jedna córka nie żyje, to chyba normalne, że druga ma lekką depresję. Podobno nie była ona tak mała i podobno straciła swój dar, ale mimo wszystko to nie jest podstawa do zamykania dziecka w wariatkowie! Oczywiście oni wyolbrzymiali problem, ale kto miał głowę na karku, ten wiedział swoje.
- Wini za to rodziców. Nienawidzi ich.
- To też mnie nie dziwi. To nie byli dobrzy ludzie. To egoiści, którzy nigdy nie powinni mieć dzieci. Wierz mi.
- Ja ich tak nie pamiętam.
- Spotkałeś ich?
- Raz – i opowiedział mu całą historię. O tym jak spotkał Alex i się zauroczył, jak potem zniknęła. I jak znów pojawiła się w Hogwracie, tej jesieni. – Wszystko odżyło. Byłem przekonany, że ona też chce być ze mną. Ale potem pojawiły się kłopoty. Pokłóciła się z Lily, nazwała ją szlamą.
- Niemożliwe! – Ciemne oczy mężczyzny rozszerzyły się ze zdziwienia.
- Widzę jaka ona jest. Nie jest ani sympatyczna, ani uczciwa. Selekcjonuje ludzi. Fakt, Lily wypomniała jej św. Helenę, ale to jeszcze nie jest żadne usprawiedliwienie. Zresztą ona nie czuła żalu. Taka jest – wyrachowana, spokojna, chłodna, opanowana. Jest po prostu zimna.
- Dziwisz się? Św. Helena robi swoje. Śmierć siostry również.
- Praktycznie zmusiłem ją do pójścia na bal. Myślałem, że jest już dobrze. Później znowu się wszystko schrzaniło. Namówiłem ja na kolejną randkę. Naprawdę myślałem, że wszystko sobie wyjaśniliśmy. Szczegóły nocy zostawię sobie dla siebie – uśmiechnął się, kiedy Hagrid chrząknął, odrobinę zażenowany – ale rano znów wszystko zaczęło się walić. Stwierdziła, że dostałem to, co chciałem, więc to koniec. Od tej pory nie rozmawiamy.
Przyjaciel spojrzał na niego ze współczuciem. Zastanawiał się, co jeszcze los może zgotować 
temu chłopakowi.     

*

         Jasne oczy Alex uważnie lustrowały błonia. Dawno już nie widziała Amani,. Sadziła, że w najbliższym czasie jej się ukaże. Jednocześnie wiedziała, że ich ostatnie spotkanie mogło być zakończeniem tego wszystkiego. Że już jej nigdy nie zobaczy. Właściwie Alex wolałaby mieć ją przy sobie. Wtedy lepiej potrafiłaby się kontrolować. Miałby żywy dowód tego, że wyobraźnia wcale nie płata jej figla. Tak długo wyczekiwany Hogwart był teraz znienawidzonym miejscem. Wyczekiwała wakacji. A najgorsze w tym wszystkim było to, że z nikim nie mogła się tym podzielić. Powiedzieć babci Charlotte? Nie… To było wykluczone. Musiałaby ominąć kilka szczegółów, a babcia zawsze poznawała, kiedy kłamała.
         Westchnęła przeciągle i spojrzała w niebo. Było czarne. Tylko tyle. Żadnych chmur, żadnych gwiazd.
Brak nadziei.
         Zacisnęła mocniej powieki. Powoli zaczynała nienawidzić samej siebie. Wszystko traciło sens. Tyle czasu pracowała nad powrotem zdolności metamorfomagicznych. A teraz znów nie potrafiła wykrzesać z siebie nic. Ogromny cierń, który pojawił się w jej sercu w tamtą pamiętną noc, rozrastał się, przejmował kontrolę nad jej ciałem. Dusił zranione serce.  Obrzydzenie do świata wzrastało w niej z każdą chwilą. Nie była pewna swoich czynów. Ale wiedziała, że decyzja, którą podjęła, była słuszna.  Nie zmieniało to jednak faktu, że czuła się przytłoczona tym wszystkim. Wiedziała, że nie ma najgorzej. Przecież chodziło o życie Jamesa!
Wiara. Nadzieja. Miłość.
         To właśnie miłość pchała ją do przodu. Kazała podejmować decyzję, których w swej egoistycznej naturze nigdy by nie podjęła. Ale to również miłość była źródłem bólu, które zadała zarówno sobie jak i Jamesowi. Póki ona kochała, póty Amani kochała. A to spisywało Pottera na starty. A więc nie było innego wyboru.
         Musiała tlić się w niej nadzieja. Inaczej nie próbowałby walczyć o życie ukochanego. Mimo iż czuła się jak w tanim romansie przez które nigdy nie mogła przebrać, wiedziała, że to właśnie nadzieja pozwala jej przeżyć. Funkcjonować w rzeczywistości, o którą się nie prosiła. Do której została wepchnięta.
         Czy wierzyła? Nigdy nie posądziłaby się o coś takiego. Nigdy nie próbowała udawać, że wiara towarzyszy jej w życiu. Nauczyła się polegać na własnych umiejętnościach i doświadczeniu. Bała się jednak, że tym razem to nie wystarczy. Czy ktoś nie zrzucił jej na barki zbyt wielkiego ciężaru?
Paradoksalnie wiara, nadzieja i miłość umarły w niej.
Nie dziś.
Nie wczoraj.
Ale dawno, dawno temu.
Przez chwilę myślała, że udało jej się to odtworzyć.
Łudziła się.
Znów i znów. Kolejny raz. Od nowa.
Głośno przeklęła.
- Po kobiecie nie spodziewałbym się tak ostrych słów – ktoś zagwizdał przeciągle. Gwałtownie odwróciła się i obserwowała czarnowłosego, przystojnego chłopaka w swetrze o barwach Gryffindoru. Uśmiechnął się przeciągle i usiadł na murze obok niej. Poszperał chwilę w kieszeniach i wyciągnął paczkę papierosów. Wyciągnął je w jej stronę z lekką kpiną w oczach. Ta jednak bez wahania wyciągnęła jednego. Zdziwienie odmalowało się na jego twarzy, ale nie powiedział nic. W świecie czarodziei mało kto palił papierosy. Mężczyźni woleli cygara. Chłopcom natomiast łatwiej było przeszmuglować do szkoły paszkę fajek, więc nie była zaskoczona, że i Gryfon ją posiada. Młode dziewczyny natomiast nie paliły. Wychowanie im na to nie pozwalało. Alex jednak była wychowywana w innym miejscu i rzeczywistości – w św. Helenie to była norma.
- Czego chcesz? – Warknęła, jednocześnie podsuwając papieros pod ogień, który wyczarował.
- Porozmawiać – zaciągnął się dymem, tłumiąc w sobie wszelkie uczucie. Chciał poznać tę dziewczynę i przysiągł sobie, że dopiero po tej rozmowie ją oceni.
- Potter cię przysłał?
- Rogacz nie ma z tym nic wspólnego. To ja chciałem cię poznać.
- Po cholerę?
- Być może interesują mnie dziewczyny, które łamią serce mojemu przyjacielowi? – Spojrzał na nią, starając się ją rozszyfrować. Na próżno – od początku mi się spodobałaś. Wtedy, pierwszego dnia, pamiętasz?
- Dobre pierwsze wrażenie – westchnęła. – Pobiłeś się z nim wtedy.
- Norma – zaśmiał się – ale pierwsze, na co zwróciłem uwagę to jego stosunek do ciebie. Pomijając już te twoje dużo oczka wpatrzone w niego – zaśmiał się, widząc jej rumieniec – wiedziałem, że to grubsza sprawa. Rogacz zwariował na twoim punkcie i nie przeszkadzał mu nawet twój dom – stuknął palcem srebrnego węża na jej szacie. – Ale mylnie cię oceniłem. Wcale nie byłaś bezbronną, spokojną dziewczynką z lekka zagubioną w nowym miejscu. Szybko się zaaklimatyzowałaś i pokazałaś pazurki. A może swoje prawdziwe oblicze?
- Tak, tak, wiem! – Odezwała się znudzonym głosem – jestem wredną, kłamliwą suką z egoistycznym i cynicznym podejściem do życia. Nie wypieram się tego, Black.   
- Zdaję sobie sprawę, że św. Helena musiała jakoś na ciebie wpłynąć..
- Głowno wiesz – warknęła.
- Zapominasz, że nazywam się Black. Nie powiesz mi, że nie słyszałaś o mojej rodzinie. Fanatycy czystej krwi. Arystokraci, którzy uważają się za lepszych. Dla których liczy się tylko ich własna dupa.
- Dobra, wygrałeś – uśmiechnęła się blado. – Ale to nie jest powód mojego zachowania względem Jamesa.
- Więc co nim jest?
- Tak po prostu musi być, Black. I ani ja, ani ty na to nie poradzimy.
- Dlaczego sama siebie skazujesz na cierpienie? I jego przy okazji! Widać, że go kochasz – zirytował się -  a on jest przekonany, że postrzegasz go jako aroganckiego dupka, który potrzebował panienki na noc. Dlaczego, do cholery, nie możecie po prostu się dogadać i żyć tam sobie długo i szczęśliwie czy jak to się mówi?
- Nie można mieć wszystkiego. – Spojrzała mu w oczy – nie musisz mi wierzyć, ale powiem Ci, że zostawienie Jamesa to była najtrudniejsza ale i najmniej egoistyczna decyzja w moim życiu.
- Nie rozumiem tego.
- A ja nie potrafię tego wytłumaczyć. Być może po prostu nie było nam pisane – schyliła głowę, żeby pozwolić dymowi swobodnie uciec w przestrzeń. Przez chwilę obserwowała dym, który spiętrzył się wkoło nich. Otaczał ją szczelnie i odgradzał od Syriusza.

Kolejny mur.
____________________________________

Ostatnia notka w tym roku. Dedykowana wszystkim czytelnikom. A może Anonimom? Cichym czytelnikom. Kochani, większość z was po prostu komentuje mi wszystko na gg. Coś przeczułam podczas mojej nieobecności?  Ja się nie skarżę, ale miło byłby zobaczyć komentarz tutaj, pod notką. Bo tutaj one zostaną. A moje gg resetuje się raz na miesiąc i nawet gdybym chciała, Archiwum nie przetrwa.    
Więc…
Pik puk? Jest tam kto?
Jeśli jest, to życzę mu  wspaniałego Sylwestra – takiego, co to Huncwoci by się nie powstydzili. I szczęśliwego Nowego Roku – sztampowo, ale ładnie. <3          

sobota, 3 listopada 2012

29. Na gorsze


~*~
Miłość. Jedno słowo, które posiada tak wiele znaczeń. Zastanawiać się można nad jej sensem. Można tez po prostu dać się jej ponieść. Pozwolić, by zawładnęła twoim sercem i umysłem. Wielu mówi, że jest to najsilniejsze uczucie ze wszystkich. Nie może jej pokonać nienawiść i zło. Niektórzy jednak twierdzą, że istnieje uczucie czystsze i potężniejsze od miłości. Uczucie, dla którego człowiek jest w stanie zrobić naprawdę wiele. Przyjaźń. Uczucie skomplikowane, ale jednak czyste. Przychylić bym się mogła do owego stwierdzenia. Przyjaźń to najwyższe ze wszystkich uczuć. Prawdziwa przyjaźń jest szczera, nieodwołana, wieczna i niepojęta. Delikatna, gwałtowna i nieprzewidywalna. Troskliwa, cierpliwa. Wybacza wiele i wiele toleruje. Wytyka wady, choć potrafi je znieść. Jest niezastąpiona. Wszystkie te cechy można przypisać miłości, to oczywiste. Jednak prawdziwa miłość ma jedną wadę. Może być nieszczęśliwa. Cóż z tego, że kochamy tak szczerze i bezinteresownie, skoro nasze serce pęka i powoli rozsypuje się na miliony kawałeczków. Miłości nie wystarczą dwoje ludzi, którzy się kochają. Czy sprawiedliwym jest to, że, choć wypełnia ich najpiękniejsze ze wszystkich uczuć, są wyjałowieni w środku. Puści, niczym studnia bez wody. Głęboka. W samym sercu pustyni. Bez szans na przetrwanie.  
   
Pewna czwórka chłopaków doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Dlatego już dawno temu poprzysięgli sobie, że przyjaźń zawszę będzie u nich na pierwszym miejscu. Choć każdy z innych powodów, to żaden z nich nie przywiązywał wagi do miłości. No, może poza jednym. Wariatem, który wpadł w wir pierwszej miłości. Zawsze jednak pamiętał o swoich przyjaciołach. A uczucie, które zagościło między ową czwórą było szczere i prawdziwe. Czyste i bezinteresowne. Huncwoci. Tak siebie nazwali. Wielu widziało w nich paczkę rozrabiaków, z którymi zawsze można było się pośmiać. To prawda. Prawdą było też to, że byli nad wyraz inteligentni. Choć jednemu zawsze przypisywano mniejsze zdolności i on miał swoje przebłyski mądrości. Mało jednak kto znał ich z tej najlepszej strony. Ze strony prawdziwych przyjaciół. Oni sami nie chwalili się, wierząc, że to sprawa ich wszystkich.

Byli jednością. Cztery osobowości w jednym ciele. W jednym istnieniu.

Każdy z nich ma swoje demony. Dla jednego jest to ojciec, który poniżał go, czasami bił, przez całe dzieciństwo. Który już na zawsze wyrył na nim piętno. Dla drugiego demonem jest ona sam. A raczej pewna przypadłość, która na zawsze zmieniła jego życie. Wilkołactwo. Dla trzeciego jest to rodzina, która go wyklęła.  Pochodzenie, które już na zawsze przypięło do niego konkretną łatkę. Czwarty z nich nie miał demonów przeszłości. Był szczęśliwy. Jednak ostatnio kłopoty zaczęły mnożyć mu się niemiłosiernie. Przeklął swoją matkę, która kochała jego największego wroga. Która go okłamywała. Owe kłamstwa doprowadziły do próby samobójczej. To poczucia odrzucenia i niepewności. Do bólu, który już zawsze będzie mu towarzyszył.  Ponadto dowiedział się, że ma misję. Z ochotę poszukuje swojego celu. Skąd może wiedzieć, że zaprowadzi go to do śmierci?

Wszyscy jednak walczą z tymi demonami. A pomaga im w tym przyjaźń. I cztery słowa: Lunatyk, Glizdogon, Łapa i Rogacz.

Mimo wszystko to miłość sprawiła im największy ból. Zacznijmy od tego najbardziej poszkodowanego. Przez 5 lat uparcie wierzył, że pierwsza miłość jest czymś niezastąpionym i wiecznym. Ukochana raniła go zbyt często. A jednak w swej szczenięcej prostocie wierzył, że im się uda. Potem wszystko zniknęło. Pogodził się z jej stratą. Taka jest kolej nastoletniej, pierwszej miłości. Kiedyś musi zginąć. Drugi z przyjaciół nie wierzył w miłość. W pragnienie, zauroczenie… to jeszcze. Jednak nigdy nie wypowiedział tego jednego słowa. Ostatnimi czasy poznał swoją pierwszą miłość. Jeszcze jednak nie chce się do tego przyznać. Nawet przed samym sobą. Kolejny z braci wierzy w miłość, jednak nie wierzy, że jest ona przeznaczona dla niego. Wciąż myśli o sobie, jak o wykluczonym. Jego rozum nie chce przyjąć do siebie tego uczucia, mimo że serce powoli oddaje się pewnej dziewczynie. Dla czwartego z całej grupy miłość jest czymś zupełnie nierealnym. Abstrakcyjnym. Ojciec dawno wbił mu do głowy, że on nie ma szans na szczere uczucie. Że żadna go nie zechce. A więc nie próbował.  Jakież było jego zdziwienie, kiedy znalazła się taka, która go zechciała. Która zaakceptował go takim, jaki jest.

Choć w przyjaźni są biegli, to miłość jest dla nich zupełnie czymś nowym. Abstrakcyjnym.  

Wróćmy jednak do owego pierwszego amatora. Jak się okazuje, to nie jest jego jedyna styczność z miłością. Jedni powiedzieliby, że bardzo szybko się pocieszył. On jednak należy do osób, które z łatwością nawiązują kontakt. Które bez problemu mówią o swoich uczuciach. Jednak przy owej nowej miłości nie potrafił tak szybko powiedzieć „kocham”. Ich znajomość była pełna wzlotów i upadków. Gorących chwila a także nieprzyjemnych zdarzeń. Cóż się dziwić? Z natury są wrogami. Gryfon i Ślizgonka. Odważny, uczciwy, wesoły rozrabiaka, dla którego przyjaźń i rodzina to najważniejsze priorytety. Oraz zimna, spokojna, poważna kłamczucha, dla której nie istnieją pozytywne uczucia. Która dopiero ich się uczy. Cokolwiek nie powiedzą, łączy ich dojrzałe uczucie. Dopiero wkraczają w dorosłość, jednak już wiedzą, że coś, co ich łączy, jest wyjątkowe.

Oboje przeżyli traumę.
Oboje boją się zaufać.
Oboje kochają się ponad życie.

Ich miłość przypomina ziarnko, które właśnie zaczęło kiełkować. Powoli, dzięki wodzie i słońcu, zaczyna puszczać pąki. Jednak nie będzie z nich kwiatu. Nie będzie cudownego zakończenia. Ich miłość została zduszona w zarodku. Klątwa, który wisi na nim, jest potężnym czarem. Wielkim zaszczytem i ogromnym brzemieniem. Są jak pionki w grze. On, choć najważniejszy, już został spisany na straty. Jego misją jest poświęcić się. Ona jest jedynie pomocnikiem. Może przedłużyć mu życie jedynie odrzuceniem. Musi przestać go kochać, choć wydaje jej się to niemożliwe.
Wielu ma nadzieję, że to ziarno miłości jednak wyda kwiat. Jeśli tak, będzie on górował ponad wszystkim. Będzie piękniejszy, niż jakiekolwiek kwiaty znane ludzkości. Mówi się, że nadzieja jest matką głupców. Jednak podobno ta sama nadzieja umiera ostatnia. 
Na razie jednak kwiat usycha. Powoli, acz konsekwentnie. Ginie w zarodku.

*

Tamta noc trwała wiecznie. Tak, jak chciała Alex. Cicha i bezpieczna. Snująca się w nieskończoność. Wciąż nierealna. Tak nierzeczywista, a jednak prawdziwa. Prawdziwe były również dwa ciała, które stykały się ze sobą. Złączone w miłosnym uścisku. Można by rzec – desperackim uścisku. Młoda kobieta tuliła się do swojego kochanka wiedząc, że jest to ich pierwsza i ostatnia noc. Że to ostatnie godziny, w których są razem. Wiedziała, że to, co powie, zadecyduje o tym, że staną się wrogami.
 Obudziła się pierwsza. Zaciągnęła się jego zapachem, rozkoszując się bliskością Jamesa. Delikatnie uniosła się na ramieniu i przyjrzała się śpiącemu. Był niezwykle spokojny. I szczęśliwy. Owe szczęśnie potrafiła wyczytać z jego twarzy. Jakiś dziwny przedmiot ścisnął jej gardło, dusząc ją wewnętrznie. Mimo wszystko – nie żałowała swojej decyzji. Nie żałowała, choć teraz było jeszcze trudniej. Jakieś dziwne ciernie oplotły jej serce. Kolce kłuły jej ciało. Łzy cisnęły jej się do oczu.
To koniec. Myśl pojawiła się w jej głowie niespodziewanie. Była nie tyle żałosna, co przepełniona spokojem. Alex ze spokojem przyjmowała wszystkie krzywdy.  Ze spokojem oddawała się bólowi. Dawno temu już nauczyła się, że nie warto mu się przeciwstawiać. Bezsensownie walczyć. Tu zawsze jesteś skazany na porażkę. Zresztą tak myślała egoistka. Bez wątpienia nią była. Jednak zawładnęło nią czyste uczucie do chłopaka. I wiedziała, że musi wyzbyć się egoizmu. Byleby tylko on cierpiał jak najmniej.
Pocałowała go w usta. Delikatnie. Nie chciała go budzić. Starała się odwlec tę chwilę. Na próżno. Blade usta uśmiechnęły się leniwie. Powieki rozchyliły się, by zobaczyć nad sobą osobę, przez którą serce zabiło mu mocniej. Jej jasne włosy opadły na jego tors, delikatnie go łaskocząc. Założył jeden kosmyk za jej ucho i uśmiechnął się, kiedy wtuliła policzek w jego dłoń.
- Dzień dobry – mruknęła, przerywając ciszę.
- Dzień dobry. Jak się spało? – Uśmiechnął się łobuzersko. Usiadł na kocyku i przytulił ją.
- Całkiem dobrze – być może nie chciał usłyszeć drwiny w jej głosie. Tej odrobiny smutku, która się tam kryła. Ona jedna już niedługo była tą Alex, z którą spędził noc. Szybko przeobraziła się w ową zimną, opanowaną istotę. Odepchnęła go, kiedy chciał ja przytulić. Wstała i dziarsko spojrzała mu w oczy.
- To niczego między nami nie zmienia. – Powiedziała twardo. Spojrzał na nią dziwnie. Uśmiech momentalnie zszedł mu z twarzy. Również wstał.
- Ty chyba żartujesz! – Złapał ją za ramiona. Próbowała się wyrwać, jednak był silniejszy. Bez problemu potrafił sprawić, aby spojrzała mu w oczy. – Po tym wszystkim, co się wydarzyło w nocy, ty mówisz mi, że nic się nie zmieniło! Jeśli uważasz to za śmieszne, to przestań chrzanić.
- To ty przestać chrzanić, Potter. Dostałeś to co chciałeś. Teraz oboje wracamy do rzeczywistości.
- Dostałem? – Powtórzył za nią niczym echo. Nie mieściło mu się w głowie to wszystko, co rozgrywało się w tamtej chwili.
- Tak. A po co było to wszystko? – Wskazała na dach, kocyk i świece – chciałeś się ze mną przespać.
- Nie ukrywam, że tak…
- Brawo! Cel osiągnięty – zadrwiła, choć jej serce zmiękło na widok jego skruszonej miny. Jednak ona dopiero wchodziła w swoją rolę. Musiała być bardziej bezwzględna.
- To nie tak! Nie zaplanowałem tego na wczoraj. Nie sądziłem, że moglibyśmy tak szybko…. Że my… - brakowało mu słów. To ona przejmowała kontrolę. – Ty też tego chciałaś, Alex.
- Owszem. Było miło. Ale teraz zostańmy…
 - Przyjaciółmi? – Zaśmiał się drwiąco – Nie stać cię na słodsze kłamstwo? Bo przecież to wszystko jej jednym wielkim kłamstwem. To, że mnie kochasz. Ostatnia noc.
- Nigdy nie powiedziałam, że cię kocham! Nigdy też nie obiecywałam ci niczego. To tylko seks, James.
- Mylisz się – wysyczał jej do ucha – w naszym wieku można kochać się jedynie miłością szczerą i gwałtowną. Myśmy się kochali, Alex – zaakcentował.   
Przełknęła ślinę. Ciernie oplatające jej serce wiły się coraz gęściej. Powoli sunęły po całym ciele sprawiając, że nie mogła się ruszyć. Chciała być silna i twarda. Chłodna i opanowana. Jednak coraz trudniej było zachować kamienną twarz, kiedy jego orzechowe oczy patrzyły na nią z miłością. Była pewna, że on ją kocha. James nigdy nie kłamał. Ta świadomość odbierała jej siły. Myśl, że mogłaby być więcej takich nocy…. Że ich palce splatałby się ze sobą codziennie… Że usta odnajdowały siebie każdego dnia… Że…
Przestań! Kolejna myśl. Tym razem logiczna. Ból będzie trwał chwilę. Potem pojawi się otępienie. Przecież wiesz, jak to jest, Alex. Znała te uczucia. Nie były dla niej obce. Potrafiła się z nimi pogodzić.  Wyrastała wśród osób wyrachowanych, które potrafiły idealnie udawać. Wiedziała, że teraz musi zrobić to, co oni.
- James, przestań. Podjęłam decyzję. – Westchnęła, nawet nie mając siły się kłócić.
- Jasne! – warknął – Ty podjęłaś decyzję! Bo moje zdanie i uczucia się nie liczą!
- Nie udawaj rozpieszczonego dzieciaka. Już wczoraj tłumaczyłam ci, że nic z tego nie będzie! – złość powoli w niej narastała.
- Myślałem, że przekonałem cię o tym, że to, co mówiłaś było po prostu głupie! Przecież możemy jakoś to pogodzić. – dodał już spokojnie.
- Nie, nie możemy. Od początku to wiedziałam i…
- Wiedziałaś? – Czekoladowe oczy przysłonił gniew – A mimo to zdecydowałaś się na wszystko, co między nami zaszło?! I nie mów, że cię zmusiłem, bo to była twoja decyzja!
- Tak, zdecydowałam się, bo… - Bo co? Co miała na swoje usprawiedliwienie? Przecież wiedziała, jakie będą konsekwencje jej czynu. Bo cię kocham
- Bo postanowiłaś się mną zabawić!
- Nie masz prawa tak mówić – wyszeptała i dobrze wiedziała, że miał wszelkie prawo tak sądzić.
- Jesteś hipokrytką, Alex. – Spojrzał na nią z pogardą w oczach. Obrzydzenie malowało się na jego twarzy – To się stanie Twoim hobby? – Zadrwił – Udowadnianie, że nowa w szkole nie znaczy gorsza? Że możesz mieć każdego? Polecam Smarkerusa, jest… - siarczysty cios wymierzony w policzek przypomniał mu, że przesadził. Nie zamierzał jednak się wycofać. Był wściekły  i rozżalony.
- Dupek – syknęła i wybiegała z pomieszczenia. Zostawiła za sobą całą panoramę miasta i pierwszego mężczyznę, którego pokochała.
Miałaś rację, babciu, pierwsza miłość zawsze jest nieszczęśliwa Westchnęła, przypominając sobie słowa ukochanej osoby. Tylko jej ufała. Tylko ją kochała. Dlaczego więc tym razem jej nie posłuchała? Długo powstrzymywane łzy wreszcie wyciekły. Nie było sensu nie pozwalać im ciec. Musiała wypłakać żal. Dawno już nie używała tego sposobu. Teraz jednak nie miało to znaczenia. Dla Jamesa zrobiłaby wszystko. Wyzbyła się egoizmu, chcąc pomóc mu przeżyć. W zamian dostała oskarżenia, że jest wyrafinowana dziwką, która cały czas grała.
- Ironia – wyszeptała z wściekłością. Tyle razy kłamała i ludzie nie wiedzieli o tym. Tym razem jednak mówiła prawdę i James uważa, że go oszukała.
Ale czy było inaczej? Chciała dobrze, a wyszło jak zawsze. Inaczej. Na pewno nie źle. Najważniejsze, że James Potter ma coraz większe szanse na przeżycie.

*

 - Cooney! – Zatrzymała się, jednak nie odwróciła. W myślach powtórzyła sobie, żeby nie dać się sprowokować. Musi pokazać, że jest od niej lepsza.
- Dlaczego nie jestem zdziwiona tym spotkaniem, Evans? – Alex wciąż stała do niej tyłem.
- Czy musze ci mówić, że jesteś dwulicową świnią? – W głosie rudowłosej słychać było ledwie skrywaną furię.
- Nie bardzo rozumiem.
- Dwa dni temu James wyszedł na randkę z tobą. Wrócił nad ranem. I od tego czasu się zmienił. Nie je, zamknął się w sobie.
-Nie zauważyłam – postanowiła się odwrócić i otwarcie stawić jej czoła. Przyjęła obojętny wyraz twarzy.
- Oczywiście udaje, że wszystko jest dobrze, ale zbyt dobrze go znam, żeby…
- Ty go znasz? Błagam Cię, Evans! Przez pięć czy sześć lat nie wiedziałaś nawet, że ma siostrę!
Zielone oczy Lily jakby odrobinę przygasały. Blade policzki pokrył rumieniec. Nie straciła jednak hardości i determinacji. Była zbyt przekonana o tym, że blondynka, która stoi przed nią, jest źródłem przemiany Jamesa. Bardzo chciała mu pomóc. Nie miała jednak pojęcia, co może zrobić.
- Dlaczego ty mu to robisz?
- Problem nie leży we mnie. Problem polega na tym, że Potter nie potrafi zrozumieć słowa „nie” i uważa, że wszystko mu się należy. Mało tego… dla niego oczywistością jest to, że on mnie woła a ja za nią lecę. Rozczarowała go prawda. Nic więcej.
Odwróciła się i odeszła. Coraz bardziej nienawidziła roli, jaką ma w tym wszystkim grać. Pragnęła podejść do Jamesa i go przytulić. Pragnęła słów, że jest jego nadzieją. Jego światłem. Osoba, która pomaga mu się pozbierać. Tymczasem bezustannie go raniła.
Hogwart, który jeszcze kilka chwil temu był spełnieniem marzeń, stał się przeklętym miejscem koszmaru, który rozgrywał się w jego murach. Na jej oczach i za zgodą Dumbledorea.

*

James!
Pewnie już widziałeś nagłówki w Proroku. Samej ciężko mi w to uwierzyć, jednak to prawda. Harriet nie żyje. Wraz z nią zginął jakiś Auror. Raven przeniesiono do Munga, jednak jej stan jest krytyczny. Nie można jej odwiedzać. Nawet nie oddali nam ciała Harriet. Została pochowana na jakimś nieznanym cmentarzu. Rodzice jej szukają, ale nie wiem ile to potrwa. Nie jestem pewna czy to coś da. Obawiam się, że on infiltruje Ministerstwo. Błagam Cię, nie pisz otwarcie o wszystkim. Jesteśmy bezradni. Podejrzewają nas. Dlatego pamiętaj, żeby na procesie zachowywać się porządnie. Jesteś jedyną osobą, która może ich przekonać, że Ciebie „nie zepsuliśmy”. Nas tam nie będzie. Nie wolno nam. Próbowałam temu zaradzić, ale się nie udało. Teraz próbujemy dostać się do Raven, jednak podejrzewamy, że i ją będą chcieli odizolować. O ile z tego wyjdzie.
Trzymaj się przyjaciół, James. Nie poddawaj się. Sama nie wiem już, co jest iluzją, co prawdą. Jednak wierzę, że cokolwiek się zdarzy – uda Ci się. W końcu jesteś synem Rogera. Moim bratankiem. Wiedz, że możesz na mnie liczyć. Tylko pamiętaj – dyskretnie. Cos czuję, że nasza rodzina jest śledzona.
Carter. 

*

Przez kolejne tygodnie niebo usłane było czarnymi chmurami. Nic nie zapowiadało rychłego powrotu słońca. James zachowywał się normalnie, nie chcąc dać Alex satysfakcji. Ona natomiast godziła się powoli z tym, że z jego strony było to przelotne uczucie. Wspomnienia ich ostatniej nocy powracały w każdej samotnej chwili. Nie było mowy o tym, że mogą zapomnieć. Jednak duma wygrywała. Duma i przepowiednia, która nie tylko złączyła ich losy.  Ona sprawiła, że nigdy nie będzie im dane być razem. Blondynka często ironizowała, że czuję się jak w taniej oparze mydlanej. Jednak jej relacje z Amani zaczęły trochę się ocieplać. Nie potrafiła jej nienawidzić, bo irracjonalnie czuła, że są ze sobą powiązane. W ten sposób radziła sobie z bólem. James natomiast znalazł inny sposób. Marzec nieubłaganie zbliżał się ku końcowi a termin rozprawy zaczynał na nim ciążyć. Cała na sprawa przysłoniła mu myśli. Nawet Emma, która zawsze wierzyła w brata, zaczęła się denerwować. Wymyślała różne scenariusze. James nieustannie uspokajał siostrę, jednak sam był coraz bardziej zaniepokojony. Emma często budziła się z krzykiem w środku nocy. Wstawali wtedy wszyscy i uspokajali ją dopóty nie uwierzyła, że jest z nimi i tu zostanie. Rogaczowi powoli zaczęła doskwierać ta sytuacja. Chciał dać Emmie pewną odpowiedź. Obiecał sobie, że zaoszczędzi jej cierpień. Tymczasem nic nie mógł zrobić.

*

Ciociu!
U nas ciągła burza. Dotarły do mnie wszystkie informacje. Gniew kumuluje się już od jakiegoś czasu. Sam też nie wiem, co jest iluzją. Te wszystkie śmierci, proces, dziennik czy moja niespełniona miłość. Wiem tylko, że natłok tego wszystkiego mnie zabija. Powoli przestaję być sobą. A oni sprytnie grają. Odbierają mi was w chwili, kiedy najbardziej tego potrzebuję. I Emma zaczyna tracić wiarę. Nie mogę patrzeć na jej cierpienie. Przysłania mi ono wszystko. Chciałbym ujrzeć jej uśmiech. Ale ten szczery. Nie ten, którym obdarza nas każdego dnia. Znamy się zbyt dobrze, by mogła mnie oszukać.
Przestałem wierzyć w to, że przeznaczone jest mi jakiekolwiek szczęście. Ostatnio odebrana mi kolejną miłość. Oprócz przyjaźni nie mam już nic. Jest tylko Ona i Emma. Czuje, że powinienem być już mężczyzną. Jednak wciąż siedzi we mnie chłopak, który pragnie zjeść obiad u matki. A potem pognać z dziewczyną na randkę. Chciałbym się móc jej oświadczyć. Następnie przedstawić ją rodzicom i Emmie. Chciałbym mieć z nią dzieci i patrzeć jak moja siostra zdaje kolejne egzaminy. Jak i ona układa swoje życie. Nie zdawałem sobie spraw, że mam takie prozaiczne marzenia. A nie mam już szans na ich spełnienie. Rodzice zginęli a kobieta, którą kocham nie pasuje do takiego schematu. Nie widzi się w tej roli. Więc i ja przestałem się widzieć. Nie ma sensu udawać, że coś może się udać. Chcę tylko, żeby jedno mi wyszło – żeby Emma ułożyła sobie życie.
Rogacz.  
   
*

- Jeszcze raz! Powiedz to jeszcze raz!
- Chłopak ma szansę na wygraną. Może mu się udać.
- To niemożliwe…

*

Rogaczu!
Nie mów o przegranej, kiedy istnieje jeszcze jakaś szansa. To, co piszesz, jest smutne. I godne podziwu. Wierzę, że Twoje marzenia się spełnią. Może nie w taki sposób, jaki sobie wymyśliłeś, ale jednak. Nic nie poradzę na to, co się dzieje. Choćbym nie wiem jak chciała, nie dam rady. Jednak nie wolno przestać wierzyć. To doprowadzi do wygranej Zła. Wierzę, że jest szansa. MUSI być jakiś sposób. Wiem, że to dla was ciężki czas. Jednak dacie sobie radę, bo macie siebie. Emma daje Ci siłę i na odwrót. Rodziców wam nie wrócę. Zrobiłabym wszystko, żeby tylko tu byli. Ale, choć tak często zakopuję się w przeszłości, nie potrafię cofnąć czasu. 
Wierze jednak, że kłopoty miłosne to jedynie przejście. Mówi się, że pierwsza miłość zawsze jest bolesna. I nigdy trwała, wiec trzeba dać jej przeminąć. Jednak trzymaj się obecnej miłości, Rogaczu. Nawet jeśli wam nie wychodzi, to miłość jest siłą. I daje siłę. W jej imię można walczyć i wygrać. Nie bój się zaufać. Nie bój się wierzyć. I nie bój się kochać. Emma daję Cie motywację. Dlaczego i tamta kobieta nie miałaby tego robić? Kiedyś napisałeś, że czujesz, iż ona Cię kocha. Wierzę w Twoje przeczucia. Intuicja to potężne narzędzie. Wierz w to, co myślisz. Marzenia, o których pisałeś to dorosłe, odpowiedzialne plany. Wierzę, że właśnie ową kobietę miałeś przed oczami, kiedy o tym myślałeś.
Pamiętaj, że tylko wiara w ocalenie najbliższych daje nam motywację do walki.
C.C.

*

Na początku marca pojawiła się wiadomość, że James i Emma mogą odwiedzić Raven w św. Mungu. Oboje jednak wiedzieli, że nie jest to takie proste. Nauka i proces pochłaniały sporą część wolnego czasu.  Przy tym czyli się coraz gorzej. Całe to zamieszanie źle odbijało się na ich zdrowiu psychicznym. Chodzili bladzi i wyczerpani. Wiedzieli jedno:  powoli mają tego wszystko dość. Jednak w głowach siedziała im również inna myśl… muszą wygrać. Nie ma innej opcji.

*

C.C!
To filozoficzne myśli. Sam tak próbuje sobie to wytłumaczyć. To jest motywacja do działania. Ale i wielki ból. Chciałbym zawalczyć o tą miłość. Jednak proces wszytko mi przysłania.  Boję się, że później może być za późno. A jednak Emma zawsze będzie najważniejsza. Jej szczęście zawsze jest na pierwszym miejscu.
Rogacz. 
 
*

Ciemność.
Czarna otchłań. Bez dna. Śliskie, półokrągłe ściany.
Spadała. Coraz szybciej i szybciej.
Ból.
Nieznośny. Palące ciepło rozchodziło się po jej ciele. Rozsadzał żyły.
Krzyk.
Mamo, gdzie jesteś? Była pewna, że tu będzie. Nawet przez chwilę w to nie wątpiła. Zawsze razem. Przecież miały być zawsze razem!

- Raven!

Ten nieznośny głos. Tak niepasujący bolesnej nicości, która ja otaczała. Chciała się z niej wyrwać. Ale czy to miało sens? Może po tym bólu nastąpi ocalenie?

- Raven!

Ten głos był inny. Chyba należał do dziecka. A więc jednak jest niedaleko nieba.
Gdzie jesteś Aniołku? Choć tutaj… Ty z pewnością zaprowadzisz mnie dalej. Do świata bez ciernienia.

- Nie możesz się poddać, Rav. I nawet nie próbuj mi robić na złość. Nie tym razem…

Och, to ty James? Dlaczego tym razem mam robić coś zgodnie z twoimi słowami. Kiedy chciałam, żeby ty mnie wysłuchał, to była inna sytuacja. Ja chciałam dla ciebie dobrze. Chciałam ci pomóc. A ty pragniesz, żebym wróciła do tego strasznego miejsca? Żebym nie trafiła do raju, tylko tkwiła w cierpieniu i żałobie.

-Wiem, że mnie słyszysz. Jimmy mnie słyszał, więc ty też. Nie zostawiaj mnie. Nas.

Te błagalny, płaczliwy głos. Była pewna, ze brat tuli siostrę do piersi, dając jej schronienie. A mnie kto da schronienie? Kto mnie przytuli? Nie mogła jednak zignorować łez aniołka.
Jasność.
W końcu uchyliła powieki i spojrzała w parę piwnych oczu. Coś było nie tak. Coś się w nich zapaliło.
Radość? Ulga?

- Raven!

Bezwładne ciało matki. Dwie dziewczyny. A może trzy? Ból, ten potworny, palący ból Cruciatusa. Początek nicości. Okrzyki walki. Bezwładne ciało mężczyzny. Oddech. Nicość.

Salę szpitalną wypełnił krzyk. Ciemnowłosa, blada dziewczyna kurczowo złapała się prętów łóżka. Alarm wył gdzieś w tle. Przerażona dziewczynka mocno wtuliła się w ramie brata.

Raven Smith wciąż od nowa przeżywała koszmar ostatniej nocy.

*

Kochana siostrzyczko!
Pomyślałem, że czas napisać do Ciebie. Byłbym całkowitym idiotą, jeśli żywiłbym nadzieję, że odpiszesz do mnie lub chociaż ucieszysz się z mojego listu. Wiele decyzji, które pojąłem, nie było dobrych. Przyznaję się do wszystkich błędów. Niestety byłem ślepcem.  Mam nadzieję, że kiedyś wybaczysz mi moje odejście, siostrzyczko. Zawsze Cię kochałem. Zawsze miałem na względzie twoje dobro. Wiem, że za wcześnie jest na pojednanie.
Wierz mi, że jestem na bieżącą, jeśli chodzi o wszystkie sprawy dotyczące Ciebie. Jestem niezwykle dumny z osoby, jaką jesteś. Zostało w Tobie wiele ciepłych uczuć i cieszę się, że piekło, jakie przeszłaś nie przeszkadza Ci być dobrym, mądrym i ciepłym człowiekiem. Że potrafisz się uśmiechać. Ja dawno już zapomniałem jak to jest wygiąć usta w czymś choćby podobnym do uśmiechu. Wiem, że mało Cię to obchodzi. Prawdę mówić dziwie się, ze jeszcze to czytasz. Może po prostu przejdę do rzeczy.
Dumbledore zaproponował mi pracę. Potrzebuję pieniędzy i miejsca, w który mogę czuć się bezpieczny. Chce również mieć Cię na oku. Nieważne czy Ci się to podoba, czy nie. Od września obejmę posadę nauczyciela Obrony Przed Ciemnymi Mocami. Dobrze wiem, że nie będzie to dla Ciebie komfortową sytuacją. Mam nadzieję, że uda nam się przezwyciężyć wszelki negatywne uczucia. Siostrzyczko, nie proszę o miłość czy zaufanie. Proszę o najzwyczajniejsza więź łączącą uczennicę i nauczyciela.
Adam 

Zgniotła kartkę, dając upust swojej złości. Nie miała słów na to, by opisać uczucia, który nią targały. Zobaczyć go? Po tylu latach? Właściwie zapomniała już jak wygląda.

Kłamiesz – przemknęło jej przez myśl. Dobrze pamiętała jego roziskrzone oczy i potargane włosy. Silną, choć szczupłą sylwetkę. Delikatny uśmiech i bajki na dobranoc. Minęło siedem lat, od kiedy odszedł z domu. Straciła wtedy wszystkich. Rodzice nigdy się nimi nie interesowali. Zajęci robieniem kariery, wprowadzaniem nowych gwiazd na rynek. Adam natomiast zawsze był przy niej. Był jej bohaterem. Niestety pewnego dnia przestało mu to wystarczać. Postanowił pomagać w zniszczeniu zła. Po prost wyszedł z domu. Uciekł od niej.

Coś ściskało jej serce. Nie była pewna czy złość, czy to może wzruszenie. Nie potrafiła mu wybaczyć. Jednak myśl, że już za kilka miesięcy będzie miała go obok… Po prostu poczuła się bezpieczna.
__________________________________________________

Wiem, że znów schrzaniłam dosłownie wszystko. Ale nie zapomniałam o tym blogu. Po prostu musiałam  poukładać sobie kilka spraw. Ostatnio było ciężko. Naprawdę nie miałam siły na pisanie tego opowiadania. Nie chciałam go zniszczyć i dodawać rozdziału „na siłę”.

Pewnie już niektórzy o mnie zapomnieli. Eh… Sama jestem sobie winna. Teraz już tak będzie. Rozdziały będą pojawiały się rzadko. Ale BĘDĄ, to mogę wam obiecać. Skończę to opowiadanie. Pomału, ale dam radę.

Dodam jeszcze, że uzupełniłam wszystkie strony. Nowe zdjęcia, nowi bohaterowie… cóż, może to chociaż odrobinę zrekompensuje moją długaśna nieobecność.
Cóż, co mogę jeszcze powiedzieć.

Chyba tylko: przepraszam.   
Imseth